Wyjedź w końcu z tego Lasku Bulońskiego. Życiowa lekcja, jakiej udzieliła mi „Dżuma” (i nie tylko ona)


Lektura, Literatura, Podróże, Przemyślenia / czwartek, Maj 30th, 2019

Zanim zacznę, zaznaczę, że wpis nie jest sponsorowany, chyba że przez Rzeczpospolitą Polską, która finansowała moje wykształcenie.

Tytuł wpisu trochę barkowy, ale dziś wyjątkowo postaram się być konkretna. Porządek wypowiedzi:

  • Smutna historia bohatera Dżumy
  • Krótka historia pt. „Górski szpej i ja”
  • Dewiza Pani Swojego Czasu
  • Piosenka chóru Gospel Sound

Tekst będzie o tym, że warto robić rzeczy.

Smutna historia bohatera Dżumy

Wyniki ankiety

Kilka dni temu przeprowadziłam na Instastory krótką ankietę dotycząca Dżumy Alberta Camusa. Książka opowiada historię wybuchu epidemii tej choroby w mieście Oran. Czy raczej – opowiada historie ludzi, którzy zostali w tym Oranie zamknięci w związku z dżumą. Okazało się, że większość (88%) moich widzów zna Dżumę ze szkoły, zaś 75% respondentów twierdząco odpowiedziało na pytanie „Czy podobała Ci się Dżuma?”. Gorzej było już z dokończeniem zdania „Ohater Dżumy, który zapadł Ci w pamięć to…”. Tylko kilka osób wymieniło nazwiska bohaterów. Dwie osoby wskazały Josepha Granda, dwie Ramberta i dwie Bernarda Rieux. aż cztery ojca Paneloux. Jedna osoba napisała, że za każdym czytaniem inny bohater zapada jej w pamięć, a ostatnia – że nie pamięta żadnego. Bywa i tak!

Bohater, który mnie zapadł w pamięć

Joseph Grand, choć przyznam, że nie pamiętam całej jego historii. Wiem jedynie, że to autor nigdy nienapisanej powieści. Więzień pierwszego zdania, zakładnik perfekcjonizmu.

Ten człowiek tak cyzelował zdanie, które miało otwierać jego powieść, że nigdy poza nie nie wyszedł. Rozumiecie? Zatrzymał się na pierwszym zdaniu. Zapisał jego wariantami 50 (!) stron. Wiecie, ile na 50 stronach rękopisu można zmieścić różnych zdań? Dużo. Naprawdę dużo. Pół mojego doktoratu by się tam zmieściło.

Co się stało z tym dopieszczanym zdaniem? Zobaczcie:

W kilka godzin później Rieux i Tarrou zastali chorego na wpół siedzącego na łóżku i Rieux z przerażeniem ujrzał na jego twarzy postępy spalającej go choroby. Ale zdawało się, że bardziej jest przytomny i głosem dziwnie pustym poprosił ich, żeby przynieśli mu rękopis, który zostawił w szufladzie. Tarrou podał mu kartki, które Grand przycisnął do siebie nie patrząc na nie; potem wręczył je doktorowi, prosząc gestem, żeby przeczytał. Był to niewielki rękopis składający się z pięćdziesięciu stronic. Doktor przerzucił je i zrozumiał, że wszystkie te kartki zawierają to samo zdanie, nieskończoną ilość razy przepisane, przerobione, wzbogacone lub zubożone. Wciąż obok siebie maj, amazonka i aleje Lasku w coraz to innym układzie. Rękopis zawierał również wyjaśnienia, czasem niepomiernie długie, oraz warianty. Ale u końca ostatniej stronicy staranna ręka napisała świeżym jeszcze atramentem: “Moja droga Jeanne, dziś jest Boże Narodzenie…” Nad tym troskliwie wykaligrafowana, widniała ostatnia wersja zdania.
— Niech pan przeczyta — powiedział Grand. I Rieux przeczytał.
“W piękny poranek majowy smukła amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała wśród kwiatów alejami Lasku…”
— Czy dobrze? — zapytał stary gorączkowo. Rieux nie podniósł na niego oczu.
— Ach! — rzekł Grand podniecony. — Wiem, wiem. Piękny, piękny, to nie jest właściwe słowo.

Rieux ujął jego rękę leżącą na kołdrze.
— Niech pan da spokój, doktorze. Nie będę miał czasu…
Jego pierś uniosła się z trudem; nagle krzyknął:
— Niech pan to spali!

Trochę rozumiem tego człowieka. Być może przed ruszeniem dalej prócz perfekcjonizmu powstrzymywał go tak naprawdę strach przed pisaniem, publicznością, zakończeniem czegoś, co stanowiło sens jego życia? A w obliczu śmierci to cyzelowane zdanie okazało się… śmieciem.

Pamiętam, jak się kiedyś rozpłakałam przy swojej promotorce. Nie mogłam zacząć pisania pracy doktorskiej, bo… paraliżowała mnie myśl o negatywnych recenzjach.

Na szczęście rozmowa z Panią Profesor pozwoliła mi zobaczyć wszystko we właściwych proporcjach.

Krótka historia pt. „Górski szpej i ja”

Popatrzcie na zdjęcie zamieszczone nad nagłówkiem tego wpisu. To ja w kwietniu 2010 roku w dolinie Czarnej Wisełki. Tego dnia wraz z przyjaciółmi zdobędę Baranią Górę.

Mam na sobie buty trekkingowe z Deichmana, tanie, wygodne i chłonące wodę jak gąbka; dżinsowe spodnie bawełnianą bluzkę i kapelutek z ciucholandu; w pasie przewiązana jestem polarem marki Quequcha, który dostałam na urodziny. U moich stóp leży porzucony plecak z Campusa. Nie mój, pożyczony.

Teraz popatrzcie na dwa zdjęcia poniżej. Na tym z Laponii mam plecak firmy Osprey, kurtkę Tatonka, chustkę Buff, kije Black Diamond, buty Salewa… Na zdjęciu z Gorców uśmiecham się w koszulce Icebreaker. W różowym plecaku mam jeszcze więcej turystycznych ciuchów renomowanych marek. Nawet skarpetki mam Birdgedale. Aczkolwiek czerwone nieprzemakalne spodnie są z ciucholandu.

Moja przygoda z wędrówkami miała podłoże wyłącznie towarzyskie. Zaczynałam chodzić w tym, co miałam lub w tym, co pożyczyłam. Swojej przygody nie zaczęłam od kompletowania ekwipunku. Od roku 2010 przeszłam pewnie tysiące kilometrów. Może gdybym zastanawiała się, w jakich butach czy koszulce wyruszyć, do dziś siedziałabym na kanapie.

Jeśli chodzi o dobór sprzętu trekkingowego, to mam dla Was jedną radę – o tym, co jest wam potrzebne na wędrówce przekonacie się… na wędrówce. Macie ochotę iść w góry? Dobrze, zacznijcie od Beskidów, może nie od razu Tatry czy Himalaje, może na początek ciepły wiosenny dzień i prosty szlak, na który wystarczą sportowe buty z waszej szafki na buty, nie Salewy za miliony monet?

Dewiza Pani Swojego Czasu

„Zrobione jest lepsze od doskonałego”, powtarza w swoich tekstach, webinarach, wystąpieniach Ola Budzyńska – Pani Swojego Czasu. Nie chodzi jej przy tym o to, by rzeczy były robione byle jak, ale by BYŁY ROBIONE, nawet jeśli obawiamy się, że efekty tego robienia nas nie zadowolą.

Patrzcie, co Budzyńska pisze o niezdrowym perfekcjonizmie (cytat z tego wpisu)

Złe podejście do perfekcjonizmu i hodowanie w sobie przekonania, że wszystko musi być idealne, albo lepiej w ogóle nie zaczynać działać, niestety nie powoduje, że działamy idealnie, stajemy się idealne i powodujemy, że świat jest idealny.
Jedyne co powoduje to ból, wyrzuty sumienia i trudności w życiu.

Nie chodzi o to, by MYŚLEĆ o robieniu i ciągle się do niego PRZYGOTOWYWAĆ (jak Grand z Dżumy), ale by ROBIĆ, nawet jeśli mamy obawy, że nie wyjdzie tak, jak sobie wymarzyliśmy (patrz – ja i mój doktorat) i by dzięki robieniu tych rzeczy uświadamiać sobie jak można je robić lepiej (patrz – ja i górski szpej).

„Chcemy więcej” śpiewa mój ulubiony chór gospel

Kilkanaście dni temu mój ulubiony (bo jestem w nim od 2010…) chór gospel z Katowic Gospel Sound wypuścił swój pierwszy autorski utwór.

Piosenka ma tytuł Więcej i możecie jej posłuchać na SoundCloud, odtwarzacz na końcu wpisu. Gorąco zachęcam.

Jeśli zaś boicie się polskiego gospla – bo po pierwsze po polsku, po drugie o Bogu, zostawię Was z dwoma wersami, które wyjątkowo zapadły mi w serce:

Chcę teraz się odważyć,

Chcę działać zamiast marzyć.

Wnioski

Gdybym uczyła w szkole średniej, na podstawie wszystkich wymienionych wyżej tekstów kultury (tak, nawet na podstawie mojej życiowej historii!) zrobiłabym lekcję.

O tym, że warto się odważyć i działać zamiast marzyć, działać mimo tego, że efekt nie będzie doskonały i w działaniu uczyć się tego, jak ten efekt ma wyglądać. O tym, że Joseph Grand przegrał redagując w kółko jedno zdanie, ale wygrał, kiedy kazał je spalić.

Nie uczę w szkole średniej, jednak bardzo chciałam napisać tego posta. Może moje niedoskonale ubrane w słowa myśli natchną was do czegoś.

Powodzenia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *